Peryferie
Menu
  • English
  • Filmy
  • Planeta Ziemia
  • Natura Ludzka
  • Obyczaje
  • Kraje
    • Azerbejdżan
    • Birma
    • Chiny
    • Indie
    • Indonezja
    • Iran
    • Japonia
    • Kazachstan
    • Kirgistan
    • Malezja
    • Mongolia
    • Nepal
    • Pakistan
    • Rosja
    • Singapur
    • Korea Południowa
    • Sri Lanka
    • Tajwan
    • Tajlandia
    • Wietnam
    ROZDZIAŁ 17 – GANDŻA I SZEKI, AZERBEJDŻAN
    Jul 21, 2019
    ROZDZIAŁ 17 – GANDŻA I SZEKI, AZERBEJDŻAN
    ROZDZIAŁ 16 – YANAR DAG, AZERBEJDŻAN
    Jul 14, 2019
    ROZDZIAŁ 16 – YANAR DAG, AZERBEJDŻAN
    ROZDZIAŁ 15 – BAKU, AZERBEJDŻAN
    Jun 20, 2019
    ROZDZIAŁ 15 – BAKU, AZERBEJDŻAN
    Pagoda Szwedagon – czcigodny świadek buddyjskiego nowicjatu
    Aug 13, 2017
    Pagoda Szwedagon – czcigodny świadek buddyjskiego nowicjatu
    Jiankou, czyli Wielki Mur Chiński i jak z niego nie spaść
    Feb 12, 2017
    Jiankou, czyli Wielki Mur Chiński i jak z niego nie spaść
    Kawah Ijen – piękno z piekła rodem
    Feb 19, 2017
    Kawah Ijen – piękno z piekła rodem
    Prawdziwe oblicze Iranu
    Jan 20, 2020
    Prawdziwe oblicze Iranu
    ROZDZIAŁ 21 – JAZD, IRAN
    Sep 1, 2019
    ROZDZIAŁ 21 – JAZD, IRAN
    ROZDZIAŁ 21 – KASZAN, IRAN
    Aug 25, 2019
    ROZDZIAŁ 21 – KASZAN, IRAN
    ROZDZIAŁ 20 – SNOWBOARD W IRANIE
    Aug 18, 2019
    ROZDZIAŁ 20 – SNOWBOARD W IRANIE
    Legendy Nikko
    Apr 9, 2017
    Legendy Nikko
    ROZDZIAŁ 14 – JEDWABNY SZLAK, KAZACHSTAN część II
    Jun 1, 2019
    ROZDZIAŁ 14 – JEDWABNY SZLAK, KAZACHSTAN część II
    ROZDZIAŁ 13 – JEDWABNY SZLAK, KAZACHSTAN część I
    May 15, 2019
    ROZDZIAŁ 13 – JEDWABNY SZLAK, KAZACHSTAN część I
    Rozdział 11 – Ałmaty, Kazachstan
    Feb 2, 2019
    Rozdział 11 – Ałmaty, Kazachstan
    Rozdział 10 – Pawłodar, Kazachstan
    Jan 11, 2019
    Rozdział 10 – Pawłodar, Kazachstan
    ROZDZIAŁ 12 – BISZKEK, KIRGISTAN
    Apr 30, 2019
    ROZDZIAŁ 12 – BISZKEK, KIRGISTAN
    Dwie twarze Issyk-Kul
    Nov 1, 2018
    Dwie twarze Issyk-Kul
    Malakka – od myszo-jelenia do miasta Światowego Dziedzictwa UNESCO
    Jan 8, 2017
    Malakka – od myszo-jelenia do miasta Światowego Dziedzictwa UNESCO
    Rozdział 9 – Ulgii, Mongolia
    Dec 26, 2018
    Rozdział 9 – Ulgii, Mongolia
    Rozdział 8 – Kobdo, Mongolia
    Nov 30, 2018
    Rozdział 8 – Kobdo, Mongolia
    Na Granicy Światów
    Nov 28, 2018
    Na Granicy Światów
    Rozdział 7 – Bajanchongor, Mongolia
    Nov 25, 2018
    Rozdział 7 – Bajanchongor, Mongolia
    Życie w górach Nepalu – trekking przez Himalaje
    Mar 26, 2017
    Życie w górach Nepalu – trekking przez Himalaje
    Anioł stróż z kałasznikowem
    Sep 29, 2019
    Anioł stróż z kałasznikowem
    Duch Buriacji
    Oct 25, 2018
    Duch Buriacji
    Dwie Świątynie Posolska
    Sep 16, 2018
    Dwie Świątynie Posolska
    Rozdział 4 – Buriacja, Rosja
    Aug 21, 2018
    Rozdział 4 – Buriacja, Rosja
    Rozdział 3 – Krasnojarsk, Rosja
    Aug 6, 2018
    Rozdział 3 – Krasnojarsk, Rosja
    Thaipusam – sposób na znalezienie szczęścia
    Apr 19, 2018
    Thaipusam – sposób na znalezienie szczęścia
    Najstarszy zakład fryzjerski w Singapurze
    Apr 27, 2017
    Najstarszy zakład fryzjerski w Singapurze
    Thaipusam – kiedy ciało staje się ofiarą
    Mar 12, 2017
    Thaipusam – kiedy ciało staje się ofiarą
    Taniec Lwa – tanecznym krokiem w Księżycowy Nowy Rok
    Feb 7, 2017
    Taniec Lwa – tanecznym krokiem w Księżycowy Nowy Rok
    Buddyzm pod wiszącą skałą
    Dec 28, 2017
    Buddyzm pod wiszącą skałą
    Market rybny w Dżafna, Sri Lanka
    May 7, 2017
    Market rybny w Dżafna, Sri Lanka
    Tsunami
    Jan 30, 2018
    Tsunami
    Market Damnoen Saduak – zakupy na fali
    Oct 30, 2017
    Market Damnoen Saduak – zakupy na fali
    Maeklong – tajski market z adrenaliną w tle
    Sep 11, 2017
    Maeklong – tajski market z adrenaliną w tle
    Smakosza przewodnik po Wietnamie
    Mar 5, 2017
    Smakosza przewodnik po Wietnamie
    Barwne życie ulic Ho Chi Minh City
    Dec 1, 2016
    Barwne życie ulic Ho Chi Minh City
  • Nasza Podróż
  • O Nas
Peryferie
  • English
  • Filmy
  • Planeta Ziemia
  • Natura Ludzka
  • Obyczaje
  • Kraje
    • Azerbejdżan
    • Birma
    • Chiny
    • Indie
    • Indonezja
    • Iran
    • Japonia
    • Kazachstan
    • Kirgistan
    • Malezja
    • Mongolia
    • Nepal
    • Pakistan
    • Rosja
    • Singapur
    • Korea Południowa
    • Sri Lanka
    • Tajwan
    • Tajlandia
    • Wietnam
  • Nasza Podróż
  • O Nas
Mongolia, Podróż

Rozdział 5 – Ułan Bator, Mongolia

posted by Aleksandra Wisniewska
Sep 12, 2018 2094 0 0
Share

Przejście graniczne Rosja-Mongolia. W chaosie do okienka celniczego przytłacza nas pchająca się z każdej strony masa ciał, wymachująca frenetycznie paszportami.

Po walce o życie i pieczątki wracamy do samochodu, gdzie czeka bardzo oficjalnie i poważnie wyglądający mundurowy. Ręką uzbrojoną w białą rękawiczkę i lustro na długim wysięgniku sprawdza podwozie samochodu. Co ciekawe, podwozie bardziej go interesuje niż zawartość zapchanego plastykowego pudłami bagażnika. Nie oponujemy. Czekamy grzecznie w ciszy.

– Jedziecie do Ułan Bator? Mogę się zabrać z wami? – nagle zagaduje nas po angielsku dźwięczny głos młodej Ukrainki.

Branie autostopowicza na przejściu granicznym? Człowiek uczy się całe życie.

Z Rosji wyjeżdżamy we dwoje, ale do Mongolii wjeżdżamy już we czwórkę. Jak brać autostopowiczów to na bogato! Przed samym szlabanem strony mongolskiej dołącza do nas jeszcze Polak, również zmierzający do stolicy.

Goście sadowią się wygodnie w salonie karetki i w drogę! Na spotkanie wielkiej mongolskiej przygody!

Dwieście metrów dalej okazuje się, że któryś z celników nie podbił jakiegoś świstka tak, jak trzeba.

Wracamy do chaosu ciał, paszportów i papierków.

Po sześciu godzinach przeprawy przez granicę energii wystarcza nam tylko na dokulanie się do najbliższej przygranicznej restauracji. Naprzeciw wychodzi nam krępa, leciwa kucharka z burzą pięknych, czarnych loków i z miną znawcy poleca słodki barszcz czerwony i kwaśną okroszkę dla pań, dla panów zaś podane na skwierczącej tłuszczem, żelaznej tacy mięso z jajkiem. Cholesterolowe niebo w gębie.

Godzina szesnasta. Do Ułan Bator 350 kilometrów – nie najgorzej. Biorąc pod uwagę, że wąska, ale asfaltowa taśma w miarę dobrym stanie ciągnie się do samej stolicy, cel osiągniemy za – góra – cztery godziny.

Pierwsze kilometry są rzeczywiście piękne i gładkie. Do tego wiją się wśród soczyście zielonego, nieskończonego morza stepów. Jego zieleń, łączy się z równie bezkresnym błękitem nieba. Niczym nieograniczona przestrzeń. Tylko gdzieniegdzie łyska biel gerów – tradycyjnych namiotów mieszkalnych nomadów i pasterzy. Przy nich – zagrody dla owiec i kóz. Liczna trzoda, raz po raz, zastępuje nam drogę becząco-meczącym, kudłatym korkiem ulicznym. Jest pięknie.

Do czasu aż znienacka pod kołami zaczynają wyskakiwać dziury. Dziury zmieniają się w ziejące nicością wyrwy. Porzucamy podziwianie fantastycznego pejzażu i koncentrujemy się całkowicie na drogowym slalomie. Idzie całkiem nieźle. Do czasu, kiedy zaczyna padać. Błękit nieba zmienia się w szarość brudnego płótna i wreszcie w głęboką czerń, gdy zapada zmrok.

Dalsza część trasy upływa pod znakiem nagłych hamowań, ostrych skrętów, pisku opon i naszych autostopowiczów bezlitośnie miotanych po salonie karetki. Cztery planowane godziny wyciągają się w osiem wypełnionych na zmianę to przekleństwami, to modłami.

Do tego jeszcze te piekielne długie światła! Wszyscy kierowcy, jak jeden mąż, zdają się kompletnie ignorować fakt istnienia świateł mijania i od razu walą snopem długich. Że oślepiają jadących z naprzeciwka? Jadący z naprzeciwka też jadą na długich, więc o co chodzi?

Umordowani i na wpół ślepi do Ułan Bator jednak docieramy.

Stolica jest miastem chaotycznym. Na prawo i lewo wznoszą się budowy, które wyglądają, jakby nie miały pomysłu jak się dalej rozwinąć. Dookoła na wpół ukończonych budynków stoją maszyny wyglądające jak porzucone psy – ktoś je tutaj zostawił i nigdy nie wrócił. Podobne straszydełka są zarówno w centrum miasta, jak i na jego obrzeżach. Prawdopodobnie, większość z nich kiedyś wreszcie zamieni się bloki mieszkalne. Wygląda na to, że zapotrzebowanie jest duże. Z trzech milionów populacji Mongolii, połowa mieszka w Ułan Bator. Do tego dochodzą jeszcze sezonowe miasteczka pojawiające się zimą dookoła stolicy. Na obrzeżach miasta stawia swoje gery tysiące ludzi. Przy stolicy łatwiej im zdobyć pożywienie i opał w czasie mrozów dochodzących do pięćdziesięciu stopni. Tymczasowy wzrost populacji przejawia się między innymi wiszącą nad Ułan Bator ciężką, czarną chmurą smogu.

A jednak z nadejściem wiosny topnieją zarówno masy lodu, jak i ludu, który zawija gery i przeprowadza się na bezbrzeżne stepy i pastwiska, gdzie może wypasać liczną trzodę. Przywiązanie do tradycji pasterskich jest chyba zbyt duże, by kompromitować je na rzecz zamknięcia się w klatce z betonu. Mimo wszelkich udogodnień za tym idących.

Chaos stolicy – jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi – jest również jej pozytywną stroną i swoistym znakiem szczególnym. Ulice Ułan Bator są bardzo kosmopolityczne. Nie tylko pod względem mniej lub bardziej zagubionych turystów, ale również usług, które miasto oferuje. Korea i Japonia przodują na rynku zarówno gastronomicznym (restauracje, produkty spożywcze), jak i kosmetycznym (salony piękności, spa, wybielające kremy). Do tego dochodzą przybytki chińskich karaoke i wielkie centra handlowe z najchwytliwszymi markami zachodnimi, stojące zaraz obok maleńkich sklepów osiedlowych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – i bogacz, który lekką ręką jest w stanie wydać miliony tugrików i ubogi backpacker. Ułan Bator to jednocześnie centrum polityczne, finansowe, ekonomiczne i kulturalne, ale w bardzo przystępnym, swojskim wydaniu.

Po kilku dniach w stolicy decydujemy się na krótką wycieczkę za miasto do położonego sześćdziesiąt kilometrów na wschód Tsonjin Boldog. Znów jedziemy zielono-błękitnym pejzażem, który ktoś zapomniał oprawić w ramy. Kiedy wydaje się, że już ładniej być nie może stepy zaczynają falować pagórkami. Między nimi – srebrny kolos. Potężny władca – Dżyngis-chan – na stalowym rumaku. Dla tego, który w XIII wieku zjednoczył Mongolię i uczynił z niej imperium na miarę legend, wzniesiono 40-metrowy pomnik – jego najwyższą konną podobiznę na świecie. Statua stoi w miejscu, gdzie według podań chan znalazł złoty bicz, który zainspirował go do przyszłych podbojów. Sama postać, skierowana jest na wschód, w stronę miejsca urodzenia.

Przez chwilę podziwiamy kolosa z perspektywy mrówki, żeby potem wąziutkimi schodami wdrapać się na koński łeb i maleńki taras widokowy na nim umieszczony. Tarasik może i niepozorny, ale widok rozciągający się z niego – imponujący. Ciężka wata chmur kładzie się na dalekich, szaro-czarnych szczytach górskich. Przed nimi ciągną się łagodne wzgórza i pagórki, których zieleń jaskrawo odcina się od ciemniejących w dali potężnych sióstr. A potem zaczyna zachodzić słońce. Krwawo, strasznie i pięknie. Srebro posągu Dżyngis-chana zamienia się w płonący rubin.

Zapatrzeni w niesamowity zachód słońca zapominamy o drobnym szczególe znalezienia noclegu. Kończy się to nocą spędzoną na czymś, co przypomina kamieniołom.

Następny dzień upływa pod znakiem zaopatrywania się w prowiant na następny miesiąc jazdy po Mongolii. Wynajdujemy w Ułan Bator wielki supermarket i z dziecięcym entuzjazmem buszujemy po półkach. A tam – koreańskie produkty. Oczywiście. Ale obok? Zaraz. Dobrze widzę? Nie zabrałam okularów. Wołam Andrzeja.

– Ogórki konserwowe KOWAR.

Oczy w słup. Buszujemy dalej. Ogórki kiszone KOWAR, leczo KOWAR, sosy do makaronów DAWTONA, Konserwa Turystyczna. Oczy zalewa wodospad łez radości, kiedy docieramy na dział słodyczy. Na pólkach niepodzielnie rządzi MIESZKO.

Niecałe sto kilometrów dalej z asfaltowej drogi zbaczamy w krętą, spękaną słońcem drożynkę, która prowadzi do najmniejszego parku narodowego Mongolii – Chustajn Nuruu. Jest to jedyny park pozarządowy działający na terenie Mongolii. Ten stosunkowo niewielki obszar, pokrywający 506 kilometrów kwadratowych słynie ze swoich starań przywrócenia światu populacji Koni Przewalskiego. Pochodzenie tego zwierzęcia jest tak samo tajemnicze, jak i jego niemal kompletne wyginięcie. Mongołowie nazywają je Takhi – duchy. Jest to ostatni żyjący na wolności dziki koń, który nigdy nie został udomowiony.

W 1879 r. rosyjski generał i geograf – Nikołaj Przewalski – po raz pierwszy zauważył i zebrał materiały dotyczące beżowych, niewielkich, krępych koni z bardzo krótką grzywą i kompletnym brakiem grzywki na czole. Już wtedy – nazwane na jego cześć – Konie Przewalskiego były gatunkiem zagrożonym. W 1900 r. zakrojono szeroką akcję łapania zwierząt i przenoszenia ich do zoo w Europie. Z grupy tej, 13 nadających się do reprodukcji osobników przyczyniło się do odrodzenia gatunku, który w latach 60. został uznany na wolności za wymarły. Obecnie, dzięki ogólnoświatowej współpracy naukowców, udało się odbudować populację dzikich koni w warunkach naturalnych i po Chustajn Nuruu przechadza się niemal 300 Koni Przewalskiego.

Kiedy zachodzące słońce kładzie się złotem na zielonych wzgórzach parku, do wodopoju w dolinach schodzą niewielkie, krępe koniki. Idą leniwie, niespiesznie. Wiedzą, że są u siebie. Chłepcząc wodę z wąskiego strumyka, prychają i parskają zadowolone. Piaskowe łby chodzą żwawo w górę i dół, kiedy odganiają się od uporczywych i dokuczliwych much. Jeśli to za mało, jeden z drugim tarza się w grząskim błocie, oblepiając swoją jasno umaszczoną sierść cienkim pancerzem mazi. Młode pokolenie chudo-nogich źrebaków z donośnym rżeniem idzie w ślady starszych. Pomiędzy końmi, raz po raz, śmigają puszyste kule sierści – świstaki. One również są pod ochroną granic parku Chustajn Nuruu.

Po dwóch dniach spędzonych w towarzystwie „duchów” i świstaków wracamy na trasę właściwą. Kierunek – Karakorum – dawna stolica Imperium Mongolskiego.

Share

Previous

Mongolia - Intymne Rozmowy Obcych Dusz

Next

Dwie Świątynie Posolska

FACEBOOK

Okładka dla Peryferie
2,820
Peryferie

Peryferie

Ambulance around the world. Karetką dookoła świata.
From Poland to Alaska.

Peryferie is feeling lovely at Narwiański Park Narodowy.

3 months ago

Peryferie
Mr. Czarek is climbing Giewont. He's climbing because he doesn't want to take the cable car. That would be a bit like cheating. Like putting a motor on a shallow, wooden punt boat. An acquaintance of his suggested it. An electric one, and cheap, but Mr. Czarek said no – he prefers an oar. A wooden one, three meters and thirty-seven centimetres long. It's perfectly enough on the Narew because it's a shallow river. You can walk from one bank to the other without even getting your waist wet. And this year, it's very shallow indeed. He has never seen the water so low. Though on the bends, it can still reach up to three meters. The whole oar disappears. And with an oar, you can probe the bottom. You know where there’s sand, where there’s silt, where there are stones. With an oar, you get to know the riverbed by Braille. By touching. Motors only scare the fish away. And some people still use petrol ones. Even though it's forbidden in the Narew National Park. What can you do? People are irresponsible.Mr. Czarek is climbing Giewont. He listens to the birds and thinks how different they are from the ones back home on the Narew. There, in the reeds, live the reed warblers. Tiny, inconspicuous little birds, but they screech to high heaven! Non-stop, as if their tiny lungs didn't even need to draw breath. They screech but beautifully, not like rooks. He recently saw a kestrel chasing them off. They were probably attacking its nest. All by herself, smaller than two rooks, the kestrel didn’t back down. A tenacious parent. Here, on the way to Giewont, he thinks he hears finches. There, by the river, there are red-backed shrikes. They rarely sing, but when they do, they can weave imitations of other birds into their characteristic calls. Why do they do that? Who knows. They have another name, too – butcher-birds. That one comes from the way they impale what they catch – insects, caterpillars – on thorns or sharp twigs. By the Narew, you can also hear willow warblers, skylarks, and cuckoos – measuring out time rhythmically, reliably, and slowly. And on the river, time itself seems to flow in slow motion. The river, too, flows unhurriedly. Its current rarely speeds up. Well, unless a storm is coming. Then it ripples restlessly, combed by the wind. Mr. Czarek doesn’t go out on the water in a storm. It’s terrifying. It gets so dark you could poke your eye out. Lightning cut the sky like a luminous scalpel. Not at all from top to bottom, as gravity would have it. Sometimes sideways, defying physics. The Narew itself sometimes stands defiant against the world's order. It can flow against the current. That's because of the Vistula, which it flows into. When the queen of rivers swells too much, it pushes into the Narew's channel and shoves it upstream.Pushes it upstream, just as Mr. Czarek pushes himself up Giewont. And why is he pushing himself like this? And why these mountains, anyway? Well, somehow, in his old age, he decided to climb Giewont. Because why not? It was always the river, so for a change, he decided to carry his sixty-plus crosses up and place them next to the one on Giewont. He’d only ever been to the Czech Bohemian Paradise once. Beautiful! But the water was expensive as hell! Beer was twice as cheap, but water?! What a scheme they came up with! And Mr. Czarek doesn’t drink alcohol. He used to drink a beer now and then, but he no longer likes the taste. Non-alcoholic? He hasn't tried it. Is it any good? Well, you have to know which one to get and to know that, how many would you have to try.Mr. Czarek is not complaining, absolutely not! He's in good shape. His health is holding up. It's probably because of the Narew and the oar. He keeps moving. He pops out for some fishing almost every day. He likes catching pike the most. But only the big, grown ones. He releases all the small ones. Some catch even the fry. What can you do? People are irresponsible. And then there are the poachers. They cast nets and catch whatever they can. And the police? Well, what about the police? The police know exactly who, where, and when. But they do nothing. Mr. Czarek, in fact, usually releases what he catches. He only keeps enough for himself and his wife. A pike, a perch. He's heard you can catch an eel, but he never has. He heard it from someone he can trust. Others sometimes tell tall tales. There are also asps. Those aren't very tasty. There was this one fellow here who would catch fish and sell them to buy booze. The priest's housekeeper once asked him to catch her something, just not an asp, because it’s not tasty, and the priest would be angry. As luck would have it, an asp was all that bit. So what did he do? He took it to the presbytery. The woman knew nothing about fish, so she didn’t even recognise. Well, what can you do? People are irresponsible. They don't respect the river. And the Narew, though narrow and shallow, can be surprising. It is, after all, still an element. How many times have people drowned? A group of young people were once walking along the bank. Right by the water's edge. And the bank is undermined, of course. The grass covers the washed-out patches, and you don't even know when you might fall into the river. And as luck would have it, a girl fell in just like that. Mr Czarek happened to be fishing nearby in his punt. He fished the girl out, too. God, how scared she was! She'll remember it for the rest of her life. He's pulled out people who couldn't respect the river a few times now. That's why he prefers to stay away from people these days. Such human irresponsibility is too much for his nerves. He prefers to float into an oxbow lake.They call the Narew the "Polish Amazon" because it has so many backwaters, estuaries, and channels. If someone doesn't know it and goes kayaking, they can get lost. Not Mr. Czarek. He knows the Narew like his own backyard. The one in front of the house that was built in 'thirty-seven. Only that one and one other survived the war. He moved here from the town next door. Their borders meet, and if it weren't for the sign, you wouldn't know where one ends and the other begins. You enter the smaller one from the bigger one as if walking from a living room into a hallway. A natural extension. He used to live in an apartment block. This house was in his wife's family, and she inherited it. Maybe someday they'll move to the county town. When their strength runs out. Their daughter lives there with her husband. She's doing well for herself. She lectures in mathematics at the university. A smart girl. Sometimes, he and his wife pay them a "parental inspection" visit. They show up unannounced to see if everything is all right. And the daughter supposedly isn't expecting them, but she always seems to know. Her mother probably calls beforehand. Mr. Czarek doesn't call. He doesn't even answer. For him, the phone might as well not exist. He will, indeed, reply to a text message. But not right away. He doesn't take it to work – he's a welder – because what for? You either work or you make calls. Not when he's fishing, either, because it might fall into the water. And they make them so flimsy these days that a bit of rain is enough to make them stop working. He once had a flip phone. Damn! It fell in the water, he took the battery out, dried it, and it worked like new. And now?In the mountains, he would prefer not to have too many people around. Though he doesn't want to go alone either. Because if you don't know the way, you can get lost. This way, you can latch onto someone. It's different on the Narew. There, he floats with no one around. He'll glide into an oxbow lake, and it's as if he were sliding over a carpet. Leaves of yellow water-lilies and reeds. As if nature were casting a tapestry under his punt. He glides along, his punt a breaker of green, and sees paths woven into this tapestry with black, muddy threads. They are trodden tirelessly by the hooves of deer and wild boar, the claws of beavers, and the webbed feet of ducks.Nature rarely surprises Mr. Czarek, but sometimes it manages. He's fishing one day. Moored in the reeds as usual. He's smoking a cigarette – one for three sessions. It's healthier that way. And suddenly, he hears: splash, splash, splash. Splashing comes from the bank. A person couldn't get through those reeds. It must be an animal. But what kind? It's splashing loudly. Powerfully. It must be a moose. And indeed, out of the corner of his eye, Mr. Czarek sees a moose cow and her calf entering the Narew. Oh, it's a good thing they passed him by because he would have been no match for a worried mother. Not even with his oar – three meters, thirty-seven centimetres – which he had prepared just in case. And he probably wouldn't have used it anyway. He'd sooner swim to the other side. Mr. Czarek likes nature. Respects it. His dog used to sleep in the house and ate what the people ate. But only from your hand, because if you put the same food in his bowl, he wouldn't touch it. He recently saw on TV somewhere a dog drowning in a firefighting reservoir. There was another dog with him, and when it saw its friend in trouble, it ran to get a human. And went straight for a firefighter! Finally, it jumped into the water itself to save its companion. And let someone try to say that animals are not intelligent. That they have no soul! And that's why, for anyone who hurts them – the highest penalty. Or do the same thing to them that they did to the animal, like that senator who dragged his dog on a leash behind his car. Tie him to a car and let him feel what suffering is. Well, what can you do? People are irresponsible.Mr. Czarek walks up Giewont to place his sixty-odd crosses next to the single one, and he thinks. He would maybe go somewhere in a camper van, but his wife doesn't want to. She's gotten a bit lazy. He even has to pick her up from her sister's in the neighbouring town. Nine hours at work, and then off to fetch her. But he goes because he feels sorry for his wife. Thirty-six years together. A lifetime. You have to learn to compromise. You have to learn to be there for better or for worse. And that's why he will keep driving to fetch his wife. And he will drive her to do the shopping, and on Saturday, when she cleans – because she always cleans on Saturdays – he will escape the house so as not to be in the way. He will escape to his punt. To the Narew.The Narew is calm, unhurried, shallow. But it can surprise you. It can unexpectedly send a fire station and young firefighters who don't know if anyone in the area uses a punt. But his father will surely know. Oh! There he is now. The father – Piotr – is coming out of the little shop by the fire station with a beer and some crisps, and he knows. And he calls. He calls Mr. Czarek's wife because everyone knows Czarek won't answer. For him, the phone might as well not exist. His wife answers and arranges everything. Tomorrow at twelve, because Czarek works until eleven. He will be waiting behind the playground by the kayak rental. With his oar – three meters, thirty-seven centimetres long. It could be ten past twelve or even twenty past. He'll wait a bit. Well, unless there's a storm. Not then. He doesn’t go out on the water in a storm.#Narew #narewnationalpark ... See MoreSee Less

Photo

View on Facebook
· Share

Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Udostępnij na LinkedIn Udostępnij przez e-mail

Peryferie is at Kapadocja-Turcja.

3 months ago

Peryferie
Wraz z Onet Podróże zapraszamy w podróż do niezwykłej, bo... śnieżnej Kapadocji 😁🤩#kapadocja #turcjaOdkryłam tajemnice niezwykłej tureckiej krainy. Bajka wykuta w skale: Onet./Zdjęcia własnedlvr.it/TLF0S2 ... See MoreSee Less

Photo

View on Facebook
· Share

Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Udostępnij na LinkedIn Udostępnij przez e-mail

Peryferie is feeling puzzled with Andrzej Wiśniewski in Larnaca District, Cyprus.

7 months ago

Peryferie
He called me. The rate was standard for the first zone of the European Union. The connection was surprisingly good, considering he was calling from the 4th century BC.So, he calls and says that he was born here. Here in Larnaca, although then it was still called Citium. His name is Zeno. I know that because it showed up on my phone. I also scanned the QR code from the monument myself. I probably wouldn't have answered if I hadn't known who was calling. I usually don't answer calls from strangers.He introduced himself politely. Plus, his voice was pleasant and deep - a pleasure to listen to. So, I listened. And he says that he is the son of a merchant. The family was doing well; they lacked nothing because, in his time, Citium was a prominent trading port. He helped his father at work like a good son, being prepared to take over the business. Once, he sailed with goods - fabrics - to Athens. Normal thing - sell and come back. Not this time. The ship crashed, but he survived the disaster.This event changed his life. Yes, disasters tend to change lives. And contrary to popular belief, it is not always for the worse. Zeno himself sees the whole affair at sea as an extremely happy event. Thanks to this, he ended up in Athens, no longer as a merchant but as a man seeking knowledge and understanding. And he sought them from the great Greek philosophers. He soon became one of them himself. He taught that man should live in harmony with nature and accept everything that it sends with equal calmness. Even what is bad and negative from a human perspective. He delivered his teachings in the porticoes of the Athenian square called stoae. Hence, the name of his philosophy is Stoicism.I was surprised by his public speaking because, at the beginning of the conversation, he admitted that he did not like crowds. That he prefers nature, its harmony, wisdom and peace. I completely agree with him here, but apparently, the desire to spread knowledge was stronger than the self-preservation instincts. So, he went to the agora and preached his teachings. And in order not to be unfounded - he lived by them. He renounced wealth because it leads to nothing good. It only deepens divisions: the rich get richer, and the poor get even poorer. And he firmly believed that all people should be equal because equal they are. Period. The Athenians (certainly not all of them) liked his teachings so much that they gave him the Golden Laurel - a great distinction. What's more, they offered Zeno Athenian citizenship. However, he politely refused because he did not want to betray his native Citium.Zeno lived in Stoic tranquillity for a long time—for 98 years, he says—until finally, the Earth called him. How?"One day, I hit my toe; I think I even broke it. I knew right away that it was the Earth's calling. What to do. I said to Earth: "Yes, yes, I hear you! No need to shout like that." I lay down, closed my eyes, held my breath and died. But I've been talking here for far too long. And yet a man has only one mouth and two ears, which means he should talk less and listen more. Now go and explore my Larnaca, my Citium - says Zeno and hangs up.So, we're exploring. We explore the museum with the temple ruins of Citium. Maybe one of them was next to Zeno's house? Maybe. History locked in the remains of earthen walls is silent. But behind our backs, a lively and loud one unfolds. The ear-piercing screech of a beautiful blue parrot echoes. The elderly security guard catches it to his collection. According to the olden method, he put sticks smeared with a sticky substance on the pomegranate tree right next to the fruits, so plump they burst. If you put your finger on it, it will come off without any problems. The bird's tiny paws will not. It will get stuck until someone releases it. Or until it dies of hunger and exhaustion. The guard catches the parrot for his collection. Poachers en masse catch small migratory birds to the point of extermination of entire populations. They sell them to restaurants for bird shasliks - a traditional Cypriot dish. And what would Zeno say to that?He says nothing. Doesn't call anymore. Even when we visit his second monument on Europe Square. Around there are colonial buildings that once housed the port manager, the customs office and warehouses. Today, it is the City Hall, gallery and archive. Opposite is the promenade and marina with luxury yachts. And Zeno is nowhere to be seen. We walk, we search. We even illegally peek behind the ugly metal fences of the amusement park that is being dismantled. And we almost missed him, among the cables, scaffolding, metal parts and colourful lights that only yesterday were still carousels. He stands on a pedestal, which now serves as a stand for toolboxes, work gloves and half-empty water bottles. He stands in complete and utter chaos. And he stood like that when, for many months, human feet swirled above him. He stood in noise, din, and commotion. He stood and did not move. So stoic.Would he be just as stoic if he wasn't encased in stone?#cypr #cyprus #larnaka #larnaca_city #zenoofcitium #stoicyzm #stoicphilosophy ... See MoreSee Less

Photo

View on Facebook
· Share

Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Udostępnij na LinkedIn Udostępnij przez e-mail

Search

LEARN MORE

architecture architektura dom historia history home kuchnia kultura natura nature obyczaje religia

You Might Also Like

Podróż, Rosja
Aug 21, 2018

Rozdział 4 – Buriacja, Rosja

Z nowymi oponami i w naprawionym samochodzie trafiamy do Irkucka. W stolicy Syberii wschodniej zabawiamy tylko...

Read More
0 0
Mongolia, Podróż
Nov 25, 2018

Rozdział 7 – Bajanchongor, Mongolia

Po iście rajdowej przeprawie przez rzekę z Doliny Khujirt wyjeżdżamy na taśmę asfaltu. Początkowo jego stan jest...

Read More
0 0

Leave A Comment Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


INSTAGRAM

peryferiemag

Karetką Dookoła Świata
Around the World in the Ambulance
From Poland to Alaska
📍 Our newest post 👇

[🇬🇧ENGLISH IN COMMENTS] Obudził nas wybuch [🇬🇧ENGLISH IN COMMENTS]
Obudził nas wybuch gazu. Potworny huk zaraz za ścianą karetki. Wyjrzeliśmy przestraszeni. Zamiast zgliszczy i zniszczenia zobaczyliśmy potężną, kolorową czaszę startującego balonu.

- Ni hao! – z masywnego kosza podczepionego pod balon, dobiegło nas chińskie powitanie.

Wkrótce powietrzny pojazd zmienił się w maleńką kropkę zawieszoną nad horyzontem. Dołączył do dziesiątek jemu podobnych. Malutkich, gruszkowatych punkcików, jeszcze bezbarwnych czernią na tle nieba, czekającego na wschód słońca.

Chwilę później wszystko zaczęło nabierać kolorów. Zapieczone piaskowce Kapadocji nasiąkały złotem i pomarańczem. Zza ciemnej, nieregularnej linii horyzontu podnosiła się powoli jeszcze jedna czasza. Balon wschodzącego słońca dostojnie wzbijał się do lotu.

Usiedliśmy na klifie. Dziesiątki metrów pod naszymi stopami kolejne balony gotowały się do startu. Nad głowami unosiły się inne. Patrzyliśmy zahipnotyzowani, zaczarowani napowietrznym baletem. Zwieszeni między żywiołami – ze stopami w czerwonej ziemi Kapadocji, z głową w jej złotych chmurach.

#kapadocja #cappadocia #turcja #turkey #balloons #balony #yourshotphotographer #natgeoyourshot
[🇬🇧 ENGLISH IN COMMENTS] Fotograficzni intru [🇬🇧 ENGLISH IN COMMENTS]
Fotograficzni intruzi, czyli dlaczego rzadko pojawiamy się na naszych zdjęciach.

Jeszcze widać, że nie tak dawno toczyło się w nim życie. Że miał duszę, tak, jak ci którzy do niego przychodzili. Teraz stoi cichy, pusty. I piękny w tym, z jaką godnością poddaje się naciskowi czasu.

W jego wysłużonym, spracowanym wnętrzu staram się pozować. Na tle rozświetlonych foto-idealnym słońcem podwojów; na ambonie trzeszczącej historią i pachnącej próchnem; przy pustych wnękach osamotniałych kapliczek.
Staram się pozować i czuję się jak intruz.

Jakbym zawłaszczała sobie coś, co należy się naszym rzeczywistym bohaterom – stareńkiemu kościołowi, który kruszy się pod naciskiem czasu, ale robi to tak godnie i pięknie, że aż wzrusza; zatoczce na irańskiej wyspie Keszm, gdzie księżyc rozsrebrza noce tak bardzo, że wszystko wokół rzuca bajkowe cienie; ciekawskim mongolskim nomadom, którzy nalegają na wymianę numerów telefonów i prowadzenie przeuroczych w swojej dziwności mongolsko-polskich rozmów.

Nie czujemy się dobrze przed obiektywem, bo nie czujemy się go warci, kiedy dookoła dzieją się sceny, które powinniśmy rzeczywiście pokazywać.

Dlatego Kochani, mało nas widzicie na zdjęciach, ale to dlatego, że bardziej niż nasze malutkie osóbki, chcemy Wam pokazać wielki, przepiękny świat.

#portugal #portugalia #arrimal #serrasdeaireecandeeiros
Fragment podcastu, na całość zapraszamy do Dzia Fragment podcastu, na całość zapraszamy do Działu Zagranicznego.
Wyszli z niewielkiego czerwonego samochodu. Leciwe Wyszli z niewielkiego czerwonego samochodu. Leciwego, ale zadbanego. Ubrani elegancko. Tak, jak wypada w niedzielę. Nawet jeśli się idzie do lasu. Na grzyby.

Lasom też należy się niedzielny szacunek.

Pani w ciemnorubinowej bluzce z elegancką torebką w dłoni. Pan w wyprasowanej koszuli w kratę, schludnie wpuszczonej w dżinsowe spodnie.

Poszli.

Między drzewami kilka razy mignęła przyprószona siwizną głowa pana i kasztanowe loki pani.

Zniknęli.

Wrócili po dobrej godzinie.

- I jak? Kurki są? – zapytał Andrzej, bo wie, że las z kurków słynie.

- Oj słabo! Słabo bardzo – odpowiedział smętnie szpakowaty pan i potrząsnął reklamówką. – Ja to ledwie dno siatki zakryłem. Nawet wstyd pokazywać. Żona trochę więcej, bo to trzeba dobre oczy mieć. A u mnie już i oczy nie te i kręgosłup siada.

I rzeczywiście, szpakowaty pan zgiął się wpół, przeczekując falę bólu w plecach.

Za chwilę wyprostował się i ciągnął leśną opowieść.

- No i jeszcze, proszę pana, wszystkie nasze miejsca – bo my stale w te same chodzimy, bo wiemy, że tam zawsze kurki są – to przygnietli drzewem.

- Ano tak! Strasznie tam powycinane wgłębi. A to tak legalnie? – dopytywał Andrzej.

- Gdzie tam, proszę pana! Nielegalnie ścinają. Tu dokoła, proszę pana, są domki letniskowe. I prawie wszystkie z kominkami. Bo to ładnie. A właściciele do tych kominków drzewo muszą mieć. Kupić, proszę pana, drogo, a do lasu blisko.

Opowieść zatrzymuje nowa fala bólu. Ale już nie fizycznego. Żałości raczej. Za ściętymi drzewami.

- Ale tu, proszę pana, to jeszcze nic. Ja mam szwagra pod Lubiatowem i tam to tną na potęgę! Dobre drzewa. Zdrowe. A zaraz obok rośnie las. Stary. Chyba za trzysta lat będzie miał. I tam ziemia już tak próchnem nabrzmiała, że te drzewa same się przewracają. I nikt ich nie bierze. Tylko nowe tną. Zdrowe. I dlaczego tak?

Znów grymas bólu...
 [c.d. w komentarzach]
... W całej pracowitej przyrodzie tylko ludzie tr ... W całej pracowitej przyrodzie tylko ludzie trwali bez ruchu.

Wędkarz w łódce po drugiej stronie jeziora zmienił się w konar z ramionami i wędką zastygłymi nad wodą.

W swoim domu kaszubski gospodarz Franciszek, do którego należy ziemia nad jeziorem, jeszcze nie odstygł z bezruchu snu. Otoczony domkami na dzierżawę, pełnymi snem letników, przekręca swoje osiemdziesiąt dziewięć lat na drugi bok. Gospodarki już nie ma. Już nie musi wcześnie wstawać.

Ale, kiedy się zbudzi, też będzie zajęty.
Najpierw sprawdzi obejście i swoje rzeźby: chłopków, co grają na organach i zagryzają fajki pod wąsami z szyszek, dwa białe zające, fliger, czyli samolot i działo ze szpuli po kablach i rury kanalizacyjnej. I wiatraki. Ten, co pokazuje czy bardzo dziś wietrznie – bardzo prosty, ale skuteczny, te wysokie z wnętrzem smukłych wieżyczek zdobionych kinkietami w kwiaty i ten jeden, jedyny, co zamiast czterech boków ma sześć.

Potem gospodarz podleje kwiaty. Tak jak obiecał żonie, kiedy szła na operację. Teraz od tygodnia dochodzi do siebie u córki. Już, już powinna wracać.

Wreszcie po śniadaniu siądzie do organów schowanych w szałerku. Zagra „Kaszubskie Jeziora”, a głos akordów, wzmocniony starym, ale sprawnym głośnikiem, poniesie się po jeziorze wprost do letników, co rozłożyli się na brzegu w kamperach.

Po koncercie pan Franciszek pójdzie do nich i za postój weźmie tyle, co na flaszkę. Bo tyle, co na piwo, to trochę za mało. Potem rozsiądzie się w jednym z letniskowych krzeseł i będzie młodym opowiadał jak to na Kaszubach się żyło i żyje.

Opowie, jak to za ojców było, kiedy przed wojną Niemiec rządził wioskami, a podatki były wysokie. A potem, we wojnie, jak chodził po domach z listą i trzeba było zdać plony, trzodę, ale tylko tyle, ile gospodarz mógł. I za to miał jeszcze płacone! Tak było we wojnie.

I pozwolenia były na ubój świniaka. Ale jak kto oszukał, to od razu – szu! – brali do Sztutowa! Chłop już nie wracał. A jak wiedzieli, że oszust? Ha! Brali mięso do weterynarza i ten pieczątki stawiał. Na każdym kawałeczku. A jak pieczątki nie było, to znaczy, że ubił drugie zwierzę. Kiedyś jeden nawet za owcę poszedł...

[Cała historia pod linkiem w bio]
- Dzień dobry! Co tam? Zima idzie? Krzyknął An - Dzień dobry! Co tam? Zima idzie?

Krzyknął Andrzej. Bo on już tak ma, że jak widzi istotę ludzką, to zagaduje. Ja gadam do zwierząt. Ludzie są jego.
Teraz też krzyknął to swoje „dzień dobry”. Do człowieka oprócz nas jednego jedynego w okolicy. Bo tu, na szczycie grzbietu gdzieś pośrodku Beskidu Żywieckiego pod koniec października prawie nikogo.

To też zaczepiony mężczyzna się zdziwił. Nie dość, że jesteśmy, to jeszcze zagadujemy.

- Dzień dobry. Ano idzie – odpowiedział trochę podejrzliwie. Jakby sprawdzał, czy to na pewno do niego.

- No, my też się szykujemy. Gospodarz lada dzień ma nam drewno na opał dowieźć – ciągnął Andrzej, nawiązując do cylindrów jasnych świeżo porżniętych pniaków, co otaczały mężczyznę jak żółte kurczęta karmiącą je gospodynię. - Bo my tu zaraz obok chatkę wynajmujemy, wie pan.

I nagle, jakby w mężczyźnie coś pękło. Pękła tama podejrzliwości i popłynęła powódź mowy. Kilka słów rzuconych, ot tak, z grzeczności wywołało lawinę relacji, wspomnień, utyskiwań i pochwał. Tego wszystkiego, co to w człowieku siedzi cichutko jak zwierzątka jakieś, gotowe wyskoczyć, kiedy tylko nadarzy się sposobność.

- Ano, panie! Trzeba się szykować już teraz, bo pogoda jeszcze dobra, ale zaraz śnieg sypnie i koniec! A zima to zawsze czai się, czai i znienacka przychodzi. Raz jest pięknie, słonecznie jak dziś, a jutro już świata spod śniegu może nie być widać. Ja, panie, wiem, bo to tu już siedemdziesiąt lat żyję.

Siedemdziesiąt lat! Jezu drogi zmiłuj się! Chłop wysoki, szczupły. Prosty jak struna. Co prawda poczochrane wiatrem i pracą włosy bardziej siwe niż czarne, ale twarz zmarszczkami usiana tylko okazjonalnie. I to tylko takimi, co robią się od śmiechu – w kącikach ust i oczu. Ramiona i ręce mocne i pewne. Machają siekierą bez wysiłku jak skrzypek smyczkiem. A węzły mięśni na przedramionach tańczą w takt wybijanego przezeń rytmu i rzucają ciężkie drewniane kloce na zieloną przyczepkę małego traktora.

Siedemdziesiąt lat! Aż się chce za siekierę i piły łańcuchowe łapać, kloce przerzucać i pracować na taką siedemdziesięcioletnią formę.

- A może panu pomóc?

... Ciąg dalszy pod linkiem w bio :) 

#vanlife #kamper #góry #beskidżywiecki #drwal #podróże
Follow on Instagram
Copyrights © 2020 www.peryferie.com All rights reserved.
Back top